Kategoria: Za lotną

Nie tnij! (cz. 1): jedziemy na przegląd

Poznajcie Sebastiana

Nazywany pieszczotliwie przez kolegów Seba, mieszkaniec jednego z podkarpackich miast, od wielu lat interesuje się motoryzacją — szczególnie sportem motorowym. Wszystko zaczęło się od „Malucha”, którego podbierał wieczorami od ojca. Później, po kilku latach, zaczął zaliczać swoje pierwsze zawody jako kibic.

Gdy Seba dorósł i zaczął widzieć różnice pomiędzy rajdami i wyścigami, a na swoim kibicowskim koncie miał już kilkanaście (a może i więcej?) rund mistrzostw Polski, przyszedł czas na rajdówkę. Wysłużonego, aczkolwiek bardzo dopieszczonego Golfa III zamienił na Cinquecento z klatką. – Spawał ją Dolny, także nie ma się co bać, rozbudowana i z załącznikiem! – nie ukrywał radości nowy właściciel. Z poszukiwań nowych lamp dymionych i obcinania sprężyn w Golfie przerzucił się na szukanie niskiej i szerszej „trzynastki”, a na horyzoncie malowały się wręcz sukcesy w okolicznych KJS-ach.

Prócz szukania sponsorów, walki z problemami technicznymi samochodu, brakiem miejsca do treningów i w końcu walki z czasem na odcinku, w naszym kraju na drodze każdego młodego adepta sportów motorowych pojawia się jeszcze jedno zadanie. Powoduje ono nerwówkę i w konsekwencji nagły spadek wagi, a ciśnienie jest większe niż podczas samego startu. Zadanie to nosi nazwę okresowy przegląd samochodu.

W tym momencie poznajemy kolejnego bohatera naszej historii. Pan Janusz Wąs jest diagnostą pracującym na okręgowej stacji kontroli pojazdów. Pan Janusz to człowiek ze stażem ponad 30-letnim, który liczbą wystawionych w życiu „negatywów” przewyższa liczbę wszystkich rajdówek w naszym kraju. Na samą myśl o samochodzie rajdowym (co więcej, rozpoznaje go nawet na słuch, gdy podjeżdża pod wjazd do stacji), na jego ustach maluje się uśmiech, który oznacza tylko jedno. Zainteresowany przeglądem za chwilę usłyszy znaną szerzej odpowiedź: – Paaanie. Prędzej Kubica do tych rajdów na torach wróci, jak ja panu podbije to auto.

Temat tak trwał przez kilka albo i kilkanaście lat. Oczywiście, były też sposoby na Pana Janusza – miał on niebywałą słabość do nalewek malinowych. Musiał jednak dobrze znać klienta, by w dowodzie jego rajdówki pojawił się kolejny rok jazdy z przeglądem. Na hasło „jestem od tego i tego” Pan Janusz zamykał drzwi.

Seba miał zatem wielki orzech do zgryzienia. Miał, bo wszystko zmieniło się w styczniu. Dzięki inicjatywie NRPR (Narodowy Ruch Pomocy Rajdom) sytuacje przeglądów zostały uregulowane. Zdarzył się pierwszy cud rajdowy.

List z Warszawy

Tuż pod koniec roku Pan Janusz otrzymał list, w którym został poinformowany o możliwości zaliczenia kursu, po którym otrzymywałby tytuł „diagnosty samochodu sportowego”. Kurs miał kosztować 1000 złotych i trwać dwa dni. Wąsik (pseudonim Pana Janusza) wybrał się więc do Warszawy, by nabyć kolejny certyfikat w swojej profesji.

W stolicy Pana Janusza przeszkolił Marian, jeden z delegatów technicznych Polskiego Związku Motorowego. Od tego momentu nasz diagnosta wiedział czym jest załącznik J, jak powinny być montowane fotele i pasy, a także, na co powinien zwracać uwagę. Wiedział o dodatkowych punktach mocowania pasów, więc od tego momentu sprawdzał, czy te miejsca nie są zbyt skorodowane. Mówiąc krótko: zgnita buda nie przejdzie. Wiedział również, że pasy z homologacją mogą bez problemu przejść „przegląd samochodu sportowego” i nie potrzeba napinaczy.

Pan Janusz wrócił do swojej stacji jako diagnosta, który może podbijać przeglądy samochodu sportowego. Wracamy zatem do Sebastiana.

Kierowca pojawił się na stacji ze swoim samochodem, przyjęty przez uśmiechniętego Pana Janusza (to pierwszy klient z rajdówką!). Przegląd przeszedł sprawnie, choć Seba dowiedział się o kilku nowych rzeczach – wspólnie z Panem Januszem sprawdzili załącznik i stwierdzili, że pasy muszą być zamontowane pod nieco innym kątem. Dostał także informacje, jak najlepiej i najpewniej zamontować koło zapasowe, a za wszystko zapłacił tylko 100 złotych więcej, niż za normalny przegląd. Tyle, co normalnie zapłaciłby z flaszką nalewki w ręku i banknotem 50 złotych „za fatygę”, podanym pod stołem. Tyle że legalnie.

Ta krótka historia pozwoliła Wam poznać trzy osoby, które po tych zmianach będą nie tylko zadowolone, ale także ich życie stanie się dużo bardziej proste. Seba otrzyma bez nerwów przegląd, który da mu Pan Janusz. Pan Janusz wydane na szkolenie 1000 złotych odrobi w ciągu kilku miesięcy, ponieważ będą do niego zjeżdżać wszystkie rajdówki z okolicy. Za szkolenie swoje wynagrodzenie otrzymał Marian, delegat techniczny PZM, zadowolony z nowego zarobku pomiędzy rajdami. W dowodzie pojawiła się nowa informacja: samochód do sportu samochodowego.

Od dziś Sebastian spokojnie może jeździć Cinquecentem po drodze, nie martwiąc się o to, czy pasy bez naciągaczy (choć z homologacją, czteropunktowe…) będą przez policjanta odrzucone, czy też nie.

Aż szkoda, że ta historia to tylko nasz luźny pomysł… Może kiedyś zostanie wprowadzony w życie? Wierzymy w to!

Jest to artykuł z serii „Nie tnij!”. Seria w luźny sposób będzie poruszać ważne kwestie dotyczące rajdów samochodowych, a jej celem będzie przekazanie szerzej pomysłu, wyjścia z sytuacji czy też morału. Zbieżność osób i nazwisk jest… zupełnie przypadkowa!

Masz pomysł na kolejny odcinek? Napisz: nietnij@rajdy24.pl.

komentarzy







Serwis tworzy grupa pasjonatów, dla których rajdy samochodowe są czymś więcej niż tylko sportem.

Zgodnie z nazwą Rajdy24, relacjonujemy życie rajdowego świata 24 godziny na dobę.

Nasi partnerzy

Dołącz do nas!

Copyright © Rajdy24.pl (2014 - 2016). Właścicielem serwisu jest firma GB Promotion

To Top